poniedziałek, 23 lipca 2012

Z czasem wszystko zanika

Wczoraj miałam niesamowicie ciekawe przemyślenia. Po rozmowie z dwójką przyjaciół (real i virtual), doszłam do ciekawych wniosków. Kiedy przyjaciółka napisała do mnie, czy mi się nudzi i mam ochotę na jedno symboliczne piwo, wiedziałam, że coś jest nie halo, że coś się u niej wydarzyło nieciekawego. Choć wysłała sms'a naprawdę normalnego, jak na nią, ja czułam, że jest smutna. Zabawne, to prawie, jak siostrzana więź. Najlepsze jest to, że faktycznie miałam rację. Choć bywało z nami różnie, jednak mimo wszystko nadal ufamy sobie, kochamy się, jak siostry i świata nie widzimy bez siebie. Gdyby jej zabrakło, najprawdopodobniej coś umarłoby we mnie. W końcu znamy się 14 lat, więcej niż połowę naszego żywota. Przebyłyśmy razem zerówkę, podstawówkę i gimnazjum w jednej ławce, liceum nas rozdzieliło, ale tylko fizycznie, teraz idziemy razem na studia. Może to nie ten sam kierunek i wydział, ale jedna uczelnia i mieszkanie. Czy to nie jest wspaniałe? Nas nie da się rozdzielić. Zbyt silna więź jest między nami, by mogła tak po prostu zniknąć w czasie dla nas nie zbyt dobrym i niekorzystnym. Zamierzamy korzystać z lat studenckich, potem mamy bawić się na swoich weselach i wychowywać dzieciaki, jako przyszywane ciotki z innej krwi. Wielu przyjaciół i ludzi przewinęło się w naszych życiach, ale tego ni jak nie da się porównać do tego, co my we dwie razem przez tyle lat przeżyłyśmy. Czerwony wózeczek, kościół, przejażdżka bez trzymanki pociągiem, pogowanie na dywanie, rozpalanie ogniska i jedzenie parówek w łazience, tańczenie na ganku tańca przywołującego cholera wie co, liście to pieniądze, picie przed imprezami, błąkanie się po Warszawie, praca w sklepiku, ataki śmiechu, bicie się gazetą po głowie na dworcu, przesiadywanie godzinami na przystanku po lekcjach i w weekendy, nieplanowane nocowanie u siebie, wędrówki w te i wewte, "gonił mnie lis", "jestem tupolewem, szukam swojej tupoli". Wyliczać jeszcze można wiele bo przez tyle lat, sporo się tego nazbierało, za co bardzo Ci dziękuję. Warszawa nie przeżyje naszego nalotu ;)

A teraz przemyślenia z wczoraj.
Jestem świadoma faktu, że ludzie przychodzą, zostawiają coś po sobie i... odchodzą. Z czasem coś wydarza się między tymi ludźmi, rodzi się dystans, niepewność, skrępowanie. Nie czujesz się na tyle swobodnie w towarzystwie swojego przyjaciela, a przecież tak nie powinno być. To nie ma prawda bytu u przyjaciół, więc skąd to się bierze? Wybaczcie, ale nie wiem. Sama właśnie to przechodzę. Nie wiem, czy to może ja się zmieniłam, czy osoba dla mnie bliska. Czy to ja szukam i doszukuję się czegoś, czego nie ma, czy może naprawdę stoi przede mną mur, którego nie potrafię zburzyć. Nienawidzę być tą, która "nie wie". Może niekoniecznie interesuje mnie, czy jutro będzie padać albo jak ma na imię prezydent odległego dla mnie kraju, za to jednak chce wiedzieć i pożądam wręcz tej wiedzy by odpowiedzieć na takie pytanie, jak dlaczego ludzie odchodzą od siebie, skoro czuli się w swoim towarzystwie tak dobrze. Jest mi przykro bo zaczynam zauważać, więcej szczelin i głębokich wąwozów w naszej znajomości, niż rzeczy, które są w stanie nas połączyć. Wczoraj zabrakło mi czegoś w naszej rozmowie. Liczyłam na kilka słów, które uspokoiły by rozszalałą gorycz w sercu, która jest mi obecna, przy każdej naszej rozmowie. Niestety, nie doczekałam się ich. Wiem, że wszystko obróciłeś w żart, jak zwykle. Nie winię Cię za to bo taki jesteś i bardzo to w Tobie lubię, ale wtedy chciałam powagi od Ciebie i tego zdania. Nie jestem osobą, która mówi o swoich uczuciach wprost, dobrze wiesz o tym, dlatego jestem pewna, że możesz nie zrozumieć tego, co chce Ci powiedzieć. Będę tak kręcić i krążyć nad tematem, używając jedynie innych słów. Jedyne co jeszcze bardziej mnie przytłoczyło, były słowa mojej siostry, której powiedziałam o moich obawach. "Ja też to widzę, nawet jeśli tylko zerknę na Waszą rozmowę na gadu. Niestety Diana, ale byłaś na to przygotowana. Wiedziałaś o tym.". Wiedziałam, ale ciężko jest nie być sentymentalnym i pogodzić się z tym, mówiąc przy tym słowa "ludzie przychodzą, zostawiają coś po sobie i... odchodzą".

piątek, 13 lipca 2012

Hey, jest okey

Na początek notki piosenka Juniorów. Jeśli nie słuchacie? Trudno. Nawet rozumiem. Sama zastanawiam się, dlaczego słucham k-pop'u.
Chłopcy, lubię na Was patrzeć. Przyznaję się bez bicia.

Witam.
Od jakiegoś tygodnia brakuje mi czasu na prawie wszystko. Nie przejmuje się tym, ponieważ w końcu coś dzieje się w moim życiu. Bycie no life'm, jakoś szczególnie mi nie przeszkadzało bo miałam mnóstwo czasu dla siebie, ale przychodzi taki moment, że trzeba powiedzieć sobie dość i zrobić krok dalej. Ja go właśnie zrobiłam. Zdałam maturę, prawo jady, dostałam się na studia, co łączy się z nowym życiem. Coś się skończyło, więc coś zacząć się musi. Nawet ja staromodna dziewczyna zdaję sobie z tego sprawę.
Musze przyznać, że tyle dobrego stało się od końca czerwca i początku lipca. Nie wiem, czy to zły los mnie zostawił w spokoju, czy po prostu to dzięki mnie i moim możliwościom. Żyję w przekonaniu "Co ma się stać i tak się stanie", więc nie wiem. Cieszę się, że jak na razie mam powody do radości, choć wyprowadzka do Warszawy cholernie mnie przytłacza. Zostawić dom, rodzinę, kota, psa, rybki moje kochane łóżko, cudny pokój, wygodną kanapę. Gdybym mogła i miała czarodziejką różdżkę zabrałabym to wszystko ze sobą do stolicy. Grunt, że nie będę tam sama. Nie ma nic lepszego niż przyjaciółka w tym samym mieszkaniu. Kochana, może jakoś damy radę w jednym pokoju? Jak myślisz?
Życzcie mi powodzenia, jeśli chcecie. Diana zaczyna nowe życie w nowym mieście. Zostawię tu wszystko, za sobą. Czekam na nowe lepsze dni. Może i na miłość znajdę czas? Nie, nie. Dzięki ;)

wtorek, 3 lipca 2012

Dylemat

Wypełniam ostatni druczek z przelewem. Widzę radość mamy, kiedy mówię jej, że chciałabym iść tu i tam. Nawet nie przeszkadzają jej wydawane setki na kierunki, które sobie ubzdurałam.
Dziecko na studiach to wydatek. Tyle czyta się o biednych studentach, braku jedzenia, czy oszczędzaniu. Jest aż tak ciężko? Nie będę pisać o tym, co tak naprawdę leży mi na sercu i nie daje mi spokoju bo to nie Wasza sprawa i w sumie tak na serio kogo to obchodzi. Wiem i powiem Wam jedno, jest mi strasznie źle i nie mam z kim o tym porozmawiać. Muszę jakoś się z tym uporać i wstać bo gorsze rzeczy czekają na mnie w przyszłości. Nie mogę teraz się poddać, ale z drugiej strony, ile można walczyć i starać się o wszystko na każdym kroku?