Czasami bycie mną jest męczące. Za dużo myślę, za mało robię, za mało mówię, zbyt dużo przyglądam się światu. Powinnam ruszyć się, coś zacząć, a nie tylko tak ,,aby z dnia na dzień". Co to za życie? Pasowałoby coś zmienić i nie mówię tu o kolorze paznokci, czy zrezygnowaniu z grzywki, tylko o czymś konkretnym, ogromnym skoku. Wielkim BUM! Tylko... Jak to bum zrobić? Czego tak naprawdę oczekuję? Sama nie wiem. Nie wiem, czego chcę. Ja nic nie wiem.
środa, 26 grudnia 2012
wtorek, 18 grudnia 2012
Dzień.
Zaglądam tu codziennie i codziennie próbuję coś sklecić, napisać, opowiedzieć o czymś. Jak widzicie, nie wychodzi mi to najlepiej. Nigdy nie byłam dobrym mówcą, ani ,,pisarzem", choć moim skrytym marzeniem jest stworzyć coś, co ludzie podziwialiby i czytali. Tak, taaak, wiem, jestem marzycielką. Nic jednak nie jestem w stanie zrobić, gdy moje palce wiszą nad klawiaturą i nie wiedzą, który klawisz mają nacisnąć. Moje życie jest nudne, nic na to nie poradzę.
Przechodząc do konkretów, od kiedy nastał 01.12.2012 po mojej nieszczęsnej głowie chodzi data 20.12.2012. Na moje nieszczęście ten dzień nastanie jutro. Moje urodziny. Najgorszy dzień, jaki może istnieć. Nie wiem, czy to z żalu do rodziców, że przez nich muszę teraz tkwić na tym świecie, czy może przytłacza mnie fakt, że jestem coraz starsza i muszę zacząć poważnie myśleć o sobie, o życiu i o jutrze. Każdy mówi "Samo przyjdzie. W końcu się z tym pogodzisz", ale ja NIE CHCĘ. Nie chcę być poważna, ani dorosła. Dlaczego tak ciężko jest mi to zaakceptować. To strach przed światem? Nie. Więc przed czym tak uciekam? Powiem Wam - przed odpowiedzialnością.
poniedziałek, 17 września 2012
Nudzisz mnie, Tsuki-san!
Czas przeanalizowania.
piątek, 14 września 2012
Nigdy? Oczywiście.
Jednak starym i wszystkim dobrze nam znanym przysłowiom trzeba ufać, wierzyć w nie i mieć je na uwadze. W końcu były wymyślone po to, by nie popełniać błędów naszych przodków, przez które zapewne cierpieli, bądź mieli kłopoty. Tylko, jak ich nie popełniać, skoro my ludzie, wszyscy jesteśmy tacy sami? Nie, nie chce Wam ubliżyć pisząc, że jesteście podobni do kogoś, kogo nie lubicie, czy nie tolerujecie. Po prostu, jako ludzie musimy mieć świadomość tego, że nie różnimy się od siebie tak bardzo, ale nie o tym chciałam dzisiaj mówić.
Kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy przenigdy nie spotkam się ponownie z kimś. Nie będę nawet z tą osobą rozmawiać, uśmiechać się do niej bo zostałam skrzywdzona. Ciężko było mi się pozbierać. Było mi przykro. Dlatego obiecałam siebie, że nie wybaczę w imieniu księżyca tym, którzy krzywdzą niewinnych. Zabolało mnie bycie "zapominajką", więc postawiłam na bycie twardą, opancerzoną i niedopuszczającą do siebie sentymentów. Niestety. Przysłowie "nigdy, nie mów nigdy" sprawdziło się. Cholera, nie można ufać nawet samej sobie. Choć złożyłam obietnicę do lustra, nie udało się. Wygrał sentyment, "dobre serce", wspomnienia, zapomnienie. Szkoda, że w takich chwilach, nie przypominają nam się złe rzeczy, to jak nas skrzywdzono, jak źle nas potraktowano. Zauważamy tylko pozytywy pogodzenia się i wybaczenia, uśmiechając się do wspomnień dobrych chwil.
Teraz pytanie? Czy żałuję tego? Nie wiem. Żyję w przekonaniu, by nie żałować tego co się zrobiło, czy powiedziało. Zapewne tylko te słowa trzymają mnie jeszcze przy zdrowym rozsądku.
Kiedyś powiedziałam sobie, że nigdy przenigdy nie spotkam się ponownie z kimś. Nie będę nawet z tą osobą rozmawiać, uśmiechać się do niej bo zostałam skrzywdzona. Ciężko było mi się pozbierać. Było mi przykro. Dlatego obiecałam siebie, że nie wybaczę w imieniu księżyca tym, którzy krzywdzą niewinnych. Zabolało mnie bycie "zapominajką", więc postawiłam na bycie twardą, opancerzoną i niedopuszczającą do siebie sentymentów. Niestety. Przysłowie "nigdy, nie mów nigdy" sprawdziło się. Cholera, nie można ufać nawet samej sobie. Choć złożyłam obietnicę do lustra, nie udało się. Wygrał sentyment, "dobre serce", wspomnienia, zapomnienie. Szkoda, że w takich chwilach, nie przypominają nam się złe rzeczy, to jak nas skrzywdzono, jak źle nas potraktowano. Zauważamy tylko pozytywy pogodzenia się i wybaczenia, uśmiechając się do wspomnień dobrych chwil.
Teraz pytanie? Czy żałuję tego? Nie wiem. Żyję w przekonaniu, by nie żałować tego co się zrobiło, czy powiedziało. Zapewne tylko te słowa trzymają mnie jeszcze przy zdrowym rozsądku.
środa, 5 września 2012
Kilka lat wstecz
Jestem taką beksą, takim mazgajem... Takim kłębkiem wspomnień o wszystkim i o wszystkich. Lubię moją przykrą przeszłości, wyczekuję mojej nieznanej przyszłości, myślę o tym, co wiem.
Nic, a nic się nie zmieniłam...
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
To co zwykle, poproszę
Poniekąd dawno tu byłam. Faktycznie, to już prawie miesiąc. Czy coś się zmieniło? Nie sądzę. No dobra. Może jestem trochę weselsza i pogodniejsza, słucham więcej k-pop'u i chcę tańczyć, wyobrażając sobie, że kiedyś odwiedzę Japonię, bądź Koreę Południową albo zwiedzę oba te kraje. Mimo wszystko nadal nie zmienia to faktu, że przez cały czas nie jest kolorowo. Jednak siedzi we mnie ten zamulony człowiek, który lubi słuchać przykrych i dołujących piosenek, które tylko bardziej pogłębiają mój tragicznie ponury, posępny humor i charakter. Od tego nie da się uwolnić, jak bardzo byś człowieku nie próbował. Zdałam sobie z tego sprawę, dlatego nie ma co się siłować i robić z siebie na siłę zabawną i optymistyczną panienkę. Jeśli chcę być w tej chwili szczęśliwa to będę, od tak, po prostu. Jeśli będę miała ochotę posiedzieć na łóżku w ciemnym pokoju to zrobię to, bez względu na to, że słońce świeci, pogoda jest piękna, a na świecie panuje pokój i miłość. Dlatego dzisiaj zaszyję się w mroku rozpamiętując przeszłość, zamartwiając się przyszłością i ubolewać nad teraźniejszością. Zdaję sobie sprawę z tego, że już wiele razy powtarzałam "koniec z ciemną strona mocy", ale taki chyba mam charakter. Chaotyczny, niezdecydowany, dopasowujący się wedle własnych kryteriów nie patrząc na nic i na nikogo. Tak jest chyba dla mnie wygodniej i taka chyba mnie zaakceptowano, bynajmniej tak mi się wydaje. Cóż poradzić - ilu ludzi, tyle osobowości i to nigdy się nie zmieni.
Dlatego pozwolę sobie dzisiaj na rozmazany tusz, opryskliwe uwagi i smutne piosenki. Następnym razem napiszę, jakie to życie jest piękne, zobaczycie. Jestem tak nudnie przewidywalna...
poniedziałek, 23 lipca 2012
Z czasem wszystko zanika
Wczoraj miałam niesamowicie ciekawe przemyślenia. Po rozmowie z dwójką przyjaciół (real i virtual), doszłam do ciekawych wniosków. Kiedy przyjaciółka napisała do mnie, czy mi się nudzi i mam ochotę na jedno symboliczne piwo, wiedziałam, że coś jest nie halo, że coś się u niej wydarzyło nieciekawego. Choć wysłała sms'a naprawdę normalnego, jak na nią, ja czułam, że jest smutna. Zabawne, to prawie, jak siostrzana więź. Najlepsze jest to, że faktycznie miałam rację. Choć bywało z nami różnie, jednak mimo wszystko nadal ufamy sobie, kochamy się, jak siostry i świata nie widzimy bez siebie. Gdyby jej zabrakło, najprawdopodobniej coś umarłoby we mnie. W końcu znamy się 14 lat, więcej niż połowę naszego żywota. Przebyłyśmy razem zerówkę, podstawówkę i gimnazjum w jednej ławce, liceum nas rozdzieliło, ale tylko fizycznie, teraz idziemy razem na studia. Może to nie ten sam kierunek i wydział, ale jedna uczelnia i mieszkanie. Czy to nie jest wspaniałe? Nas nie da się rozdzielić. Zbyt silna więź jest między nami, by mogła tak po prostu zniknąć w czasie dla nas nie zbyt dobrym i niekorzystnym. Zamierzamy korzystać z lat studenckich, potem mamy bawić się na swoich weselach i wychowywać dzieciaki, jako przyszywane ciotki z innej krwi. Wielu przyjaciół i ludzi przewinęło się w naszych życiach, ale tego ni jak nie da się porównać do tego, co my we dwie razem przez tyle lat przeżyłyśmy. Czerwony wózeczek, kościół, przejażdżka bez trzymanki pociągiem, pogowanie na dywanie, rozpalanie ogniska i jedzenie parówek w łazience, tańczenie na ganku tańca przywołującego cholera wie co, liście to pieniądze, picie przed imprezami, błąkanie się po Warszawie, praca w sklepiku, ataki śmiechu, bicie się gazetą po głowie na dworcu, przesiadywanie godzinami na przystanku po lekcjach i w weekendy, nieplanowane nocowanie u siebie, wędrówki w te i wewte, "gonił mnie lis", "jestem tupolewem, szukam swojej tupoli". Wyliczać jeszcze można wiele bo przez tyle lat, sporo się tego nazbierało, za co bardzo Ci dziękuję. Warszawa nie przeżyje naszego nalotu ;)
A teraz przemyślenia z wczoraj.
Jestem świadoma faktu, że ludzie przychodzą, zostawiają coś po sobie i... odchodzą. Z czasem coś wydarza się między tymi ludźmi, rodzi się dystans, niepewność, skrępowanie. Nie czujesz się na tyle swobodnie w towarzystwie swojego przyjaciela, a przecież tak nie powinno być. To nie ma prawda bytu u przyjaciół, więc skąd to się bierze? Wybaczcie, ale nie wiem. Sama właśnie to przechodzę. Nie wiem, czy to może ja się zmieniłam, czy osoba dla mnie bliska. Czy to ja szukam i doszukuję się czegoś, czego nie ma, czy może naprawdę stoi przede mną mur, którego nie potrafię zburzyć. Nienawidzę być tą, która "nie wie". Może niekoniecznie interesuje mnie, czy jutro będzie padać albo jak ma na imię prezydent odległego dla mnie kraju, za to jednak chce wiedzieć i pożądam wręcz tej wiedzy by odpowiedzieć na takie pytanie, jak dlaczego ludzie odchodzą od siebie, skoro czuli się w swoim towarzystwie tak dobrze. Jest mi przykro bo zaczynam zauważać, więcej szczelin i głębokich wąwozów w naszej znajomości, niż rzeczy, które są w stanie nas połączyć. Wczoraj zabrakło mi czegoś w naszej rozmowie. Liczyłam na kilka słów, które uspokoiły by rozszalałą gorycz w sercu, która jest mi obecna, przy każdej naszej rozmowie. Niestety, nie doczekałam się ich. Wiem, że wszystko obróciłeś w żart, jak zwykle. Nie winię Cię za to bo taki jesteś i bardzo to w Tobie lubię, ale wtedy chciałam powagi od Ciebie i tego zdania. Nie jestem osobą, która mówi o swoich uczuciach wprost, dobrze wiesz o tym, dlatego jestem pewna, że możesz nie zrozumieć tego, co chce Ci powiedzieć. Będę tak kręcić i krążyć nad tematem, używając jedynie innych słów. Jedyne co jeszcze bardziej mnie przytłoczyło, były słowa mojej siostry, której powiedziałam o moich obawach. "Ja też to widzę, nawet jeśli tylko zerknę na Waszą rozmowę na gadu. Niestety Diana, ale byłaś na to przygotowana. Wiedziałaś o tym.". Wiedziałam, ale ciężko jest nie być sentymentalnym i pogodzić się z tym, mówiąc przy tym słowa "ludzie przychodzą, zostawiają coś po sobie i... odchodzą".
A teraz przemyślenia z wczoraj.
Jestem świadoma faktu, że ludzie przychodzą, zostawiają coś po sobie i... odchodzą. Z czasem coś wydarza się między tymi ludźmi, rodzi się dystans, niepewność, skrępowanie. Nie czujesz się na tyle swobodnie w towarzystwie swojego przyjaciela, a przecież tak nie powinno być. To nie ma prawda bytu u przyjaciół, więc skąd to się bierze? Wybaczcie, ale nie wiem. Sama właśnie to przechodzę. Nie wiem, czy to może ja się zmieniłam, czy osoba dla mnie bliska. Czy to ja szukam i doszukuję się czegoś, czego nie ma, czy może naprawdę stoi przede mną mur, którego nie potrafię zburzyć. Nienawidzę być tą, która "nie wie". Może niekoniecznie interesuje mnie, czy jutro będzie padać albo jak ma na imię prezydent odległego dla mnie kraju, za to jednak chce wiedzieć i pożądam wręcz tej wiedzy by odpowiedzieć na takie pytanie, jak dlaczego ludzie odchodzą od siebie, skoro czuli się w swoim towarzystwie tak dobrze. Jest mi przykro bo zaczynam zauważać, więcej szczelin i głębokich wąwozów w naszej znajomości, niż rzeczy, które są w stanie nas połączyć. Wczoraj zabrakło mi czegoś w naszej rozmowie. Liczyłam na kilka słów, które uspokoiły by rozszalałą gorycz w sercu, która jest mi obecna, przy każdej naszej rozmowie. Niestety, nie doczekałam się ich. Wiem, że wszystko obróciłeś w żart, jak zwykle. Nie winię Cię za to bo taki jesteś i bardzo to w Tobie lubię, ale wtedy chciałam powagi od Ciebie i tego zdania. Nie jestem osobą, która mówi o swoich uczuciach wprost, dobrze wiesz o tym, dlatego jestem pewna, że możesz nie zrozumieć tego, co chce Ci powiedzieć. Będę tak kręcić i krążyć nad tematem, używając jedynie innych słów. Jedyne co jeszcze bardziej mnie przytłoczyło, były słowa mojej siostry, której powiedziałam o moich obawach. "Ja też to widzę, nawet jeśli tylko zerknę na Waszą rozmowę na gadu. Niestety Diana, ale byłaś na to przygotowana. Wiedziałaś o tym.". Wiedziałam, ale ciężko jest nie być sentymentalnym i pogodzić się z tym, mówiąc przy tym słowa "ludzie przychodzą, zostawiają coś po sobie i... odchodzą".
piątek, 13 lipca 2012
Hey, jest okey
Chłopcy, lubię na Was patrzeć. Przyznaję się bez bicia.
Witam.
Od jakiegoś tygodnia brakuje mi czasu na prawie wszystko. Nie przejmuje się tym, ponieważ w końcu coś dzieje się w moim życiu. Bycie no life'm, jakoś szczególnie mi nie przeszkadzało bo miałam mnóstwo czasu dla siebie, ale przychodzi taki moment, że trzeba powiedzieć sobie dość i zrobić krok dalej. Ja go właśnie zrobiłam. Zdałam maturę, prawo jady, dostałam się na studia, co łączy się z nowym życiem. Coś się skończyło, więc coś zacząć się musi. Nawet ja staromodna dziewczyna zdaję sobie z tego sprawę.
Musze przyznać, że tyle dobrego stało się od końca czerwca i początku lipca. Nie wiem, czy to zły los mnie zostawił w spokoju, czy po prostu to dzięki mnie i moim możliwościom. Żyję w przekonaniu "Co ma się stać i tak się stanie", więc nie wiem. Cieszę się, że jak na razie mam powody do radości, choć wyprowadzka do Warszawy cholernie mnie przytłacza. Zostawić dom, rodzinę, kota, psa, rybki moje kochane łóżko, cudny pokój, wygodną kanapę. Gdybym mogła i miała czarodziejką różdżkę zabrałabym to wszystko ze sobą do stolicy. Grunt, że nie będę tam sama. Nie ma nic lepszego niż przyjaciółka w tym samym mieszkaniu. Kochana, może jakoś damy radę w jednym pokoju? Jak myślisz?
Życzcie mi powodzenia, jeśli chcecie. Diana zaczyna nowe życie w nowym mieście. Zostawię tu wszystko, za sobą. Czekam na nowe lepsze dni. Może i na miłość znajdę czas? Nie, nie. Dzięki ;)
wtorek, 3 lipca 2012
Dylemat
Wypełniam ostatni druczek z przelewem. Widzę radość mamy, kiedy mówię jej, że chciałabym iść tu i tam. Nawet nie przeszkadzają jej wydawane setki na kierunki, które sobie ubzdurałam.
Dziecko na studiach to wydatek. Tyle czyta się o biednych studentach, braku jedzenia, czy oszczędzaniu. Jest aż tak ciężko? Nie będę pisać o tym, co tak naprawdę leży mi na sercu i nie daje mi spokoju bo to nie Wasza sprawa i w sumie tak na serio kogo to obchodzi. Wiem i powiem Wam jedno, jest mi strasznie źle i nie mam z kim o tym porozmawiać. Muszę jakoś się z tym uporać i wstać bo gorsze rzeczy czekają na mnie w przyszłości. Nie mogę teraz się poddać, ale z drugiej strony, ile można walczyć i starać się o wszystko na każdym kroku?
Dziecko na studiach to wydatek. Tyle czyta się o biednych studentach, braku jedzenia, czy oszczędzaniu. Jest aż tak ciężko? Nie będę pisać o tym, co tak naprawdę leży mi na sercu i nie daje mi spokoju bo to nie Wasza sprawa i w sumie tak na serio kogo to obchodzi. Wiem i powiem Wam jedno, jest mi strasznie źle i nie mam z kim o tym porozmawiać. Muszę jakoś się z tym uporać i wstać bo gorsze rzeczy czekają na mnie w przyszłości. Nie mogę teraz się poddać, ale z drugiej strony, ile można walczyć i starać się o wszystko na każdym kroku?
piątek, 29 czerwca 2012
Waćpanna zdała
Jak w tytule: zdałam maturę, którą zawaliłam w tamtym roku. Jestem kołkiem, cóż poradzić. Niestety, wypadki i pech chodzą po ludziach, więc przylazł i do mnie, no bo jakby inaczej? Ten stres, to czekanie! Kłębiące się myśli typu: "Cholera jasna, dlaczego wyniki dopiero o 11:00, no pytam dlaczego?!" albo "Jezu słodziutki, nie zdam.". Kiedy W KOŃCU mogłam dojść do stolika z listą osób, które zdały, przeglądałam tych kilka kartek i na żadnej nie widniało "Diana Dominika D." Wpadła ostatnia z kartek w moje łapy, a tam? A tam na trzeciej pozycji ja. Zapytałam kobietę stojącą obok, czy tu jest napisane to i to i czy ta osoba zdała. Jej odpowiedź była oczywista, więc moja radość była nieskończona i nad wyraz przesadna. Podpis, papierek i niczym młoda sarna wybiegłam ze szkoły rzucając się z radości na kolegów i uśmiechając się od ucha do ucha. Potem telefony, rozmowy, płacz szczęścia i... I koniec euforii. Wróciłam na ziemię, zdjęłam różowe okulary i przyodziałam swój naturalny wyraz twarzy, który wyraża zazwyczaj politowanie nad światem. W mojej głowie zaczęły kłębić się myśli typu na jakie studia się dostanę, czy ten jeden krok, który właśnie zrobiłam przybliża mnie choć odrobinę do marzeń, czy wybrałam odpowiednią drogę. Żal mi siebie, że po takich przeżyciach i udrękach nie potrafię nawet cieszyć się przez ten jeden dzień pełnią serca. Nie mówię o ciągłym chodzeniu z bananem na ryjku, ale niech chociaż będzie widać tę iskierkę szczęścia w oczach, jak przy kupnie nowego lakieru do paznokci. Cóż za porównanie: lakiery do paznokci i matura. Diana, litości.
Jak widzicie powróciłam do normalności. Radosny nastrój i euforia ni jak nie pasują do mnie. Nie widzę siebie w roli pozytywnie zakręconej. Stokroć bardziej wolę szarość, niepokój, tajemnicę, które są cholernie interesujące.
Życzcie mi powodzenia, a jeśli nie chcecie mojego dobra, to nic, poradzę sobie bez Was. Buziaczki :*.
Zapomniałabym o najważniejszym. Dzisiaj w drodze do miasta po wyniki towarzyszyła mi jedna piosenka, która ostatnimi czasy porywa mnie do baunsowania i wygibasów przed komputerem na środku pokoju.
Dance!
Jak widzicie powróciłam do normalności. Radosny nastrój i euforia ni jak nie pasują do mnie. Nie widzę siebie w roli pozytywnie zakręconej. Stokroć bardziej wolę szarość, niepokój, tajemnicę, które są cholernie interesujące.
Życzcie mi powodzenia, a jeśli nie chcecie mojego dobra, to nic, poradzę sobie bez Was. Buziaczki :*.
Zapomniałabym o najważniejszym. Dzisiaj w drodze do miasta po wyniki towarzyszyła mi jedna piosenka, która ostatnimi czasy porywa mnie do baunsowania i wygibasów przed komputerem na środku pokoju.
Dance!
środa, 27 czerwca 2012
Na dnie
piątek, 22 czerwca 2012
Od tak sobie po swojemu
Witam i kłaniam się nisko.
Ostatnimi czasy jest dość pochmurnie w każdym znaczeniu tego słowa. Zbliżają się wyniki matury, stres, bóle żołądka, brak chęci do życiu, kiedy się o tym myśli. Jasna cholera, później będzie jeszcze gorzej. Jedyną pociechą, która odgania troski są kociątka, które Jagna wydała na świat: Kwinto, Klocia, Brydzia i Petunia. Piękne, słodkie białe kociaki. Jeśli przyjdzie ten moment (a przyjdzie na pewno), kiedy będę musiała się z nimi pożegnać zapewne rozpłacze się i powiem, że one nie opuszczą tego domu. Nędzna i płaczliwa strona mnie obudzi się wtedy na 100%. Jak twierdzi moja rodzina, do zwierząt żywię więcej ciepłych uczuć, niż do ludzi. W sumie prawda, nie ukrywam tego.
Ah! Zapomniałabym. Od dzisiaj jestem szczęśliwą posiadaczką trzech rybek: Sebastiana, Clarabell i Wictorici. Patrzenie na nie uspakaja.
Tym akcentem kończę post o niczym i zabieram się za pisanie o dalszych przygodach Chiki, idealnego przewodniczącego i ich przyjaciół. Cieszę się, że kiedy czytam siostrze o następnych perypetiach bohaterów, mogę ujrzeć uśmiech lub usłyszeć jej śmiech. O to mi chodziło. W końcu chciałam, by czytelnicy uśmiechali się czytając moje historyjki :)
Ostatnimi czasy jest dość pochmurnie w każdym znaczeniu tego słowa. Zbliżają się wyniki matury, stres, bóle żołądka, brak chęci do życiu, kiedy się o tym myśli. Jasna cholera, później będzie jeszcze gorzej. Jedyną pociechą, która odgania troski są kociątka, które Jagna wydała na świat: Kwinto, Klocia, Brydzia i Petunia. Piękne, słodkie białe kociaki. Jeśli przyjdzie ten moment (a przyjdzie na pewno), kiedy będę musiała się z nimi pożegnać zapewne rozpłacze się i powiem, że one nie opuszczą tego domu. Nędzna i płaczliwa strona mnie obudzi się wtedy na 100%. Jak twierdzi moja rodzina, do zwierząt żywię więcej ciepłych uczuć, niż do ludzi. W sumie prawda, nie ukrywam tego.
Ah! Zapomniałabym. Od dzisiaj jestem szczęśliwą posiadaczką trzech rybek: Sebastiana, Clarabell i Wictorici. Patrzenie na nie uspakaja.
Tym akcentem kończę post o niczym i zabieram się za pisanie o dalszych przygodach Chiki, idealnego przewodniczącego i ich przyjaciół. Cieszę się, że kiedy czytam siostrze o następnych perypetiach bohaterów, mogę ujrzeć uśmiech lub usłyszeć jej śmiech. O to mi chodziło. W końcu chciałam, by czytelnicy uśmiechali się czytając moje historyjki :)
piątek, 15 czerwca 2012
Fałsz, czy prawda?
Poniekąd czytając moje notki, odczuwa się smutek płynący z moich słów. Czy to smutek? Szczerze, nie widzę tu ani grama smutku. Powiedziałabym raczej, że prawdę, jaka teraz otacza mnie na co dzień. Może i nie jestem ostatnio najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, ale ja nigdy nie jestem do końca szczęśliwa. Zawsze jest coś, co oddala mnie od stuprocentowej radości z życia. Jestem do wszystkiego sceptycznie nastawiona, nigdy nie wymagam zbyt wiele od innych bo wiem, jak wszystko się skończy, że mój końcowy wyraz twarzy przyodzieje kąciku ust skierowane ku dołowi i te puste oczy, których tak bardzo nie lubią inni. Nie jestem smutna. Jestem po prostu sobą. Nie udaje uśmiechu, nie witam nowego dnia z okrzykiem radości, jedyne co czyni mnie w jakimś procencie optymistką jest radość z małych rzeczy. Jeśli kiedyś będziecie chcieli zobaczyć mnie naprawdę uradowaną, kupcie mi lakier do paznokci, najlepiej niebieski, albo fioletowy. Tych kolorów nigdy za wiele.
Do niedawna zastanawiałam się, która ja jest prawdziwa. Ta wieczna optymistka szukająca szczęścia po kątach i w ludziach, czy posępna i czarna postać mnie, od której bije ciężka aura. Szczerze, ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony mam czasami dosyć ciągłego patrzenia na świat poprzez pryzmat niechęci i politowania, ale z drugiej strony, gdy jestem zbyt szczęśliwa, mam dość tego ciągłego skakania ponad chmury i łapania za tęczę. Czy to nie brzmi dziwnie? Mieć dosyć radości? Mogłabym nauczyć się patrzenia obojętnie na wszystko, co mnie otacza, ale czy to nie byłoby okrutne? Czy nie stałabym się wtedy egoistką, która żyłaby znieczulicą? Czy to nie byłoby wstrętne? Nie potępiam innych ludzi za takie jestestwo, ponieważ stali się tacy z własnej woli, ale ja nie widzę siebie w takiej roli, jako człowieka. Choć nie jestem dumna z bycia człowiekiem i nie lubię ludzi, nie potrafiłaby przejść obok, nie patrząc nawet na ich potrzeby. Mam serce, choć jest chłodne i niedostępne. Jestem ciekawa, ile jeszcze czasu upłynie, aż odnajdę te prawdziwą siebie, którą zaakceptuję w całości. Jestem ciekawa, czy z takiej mnie będę zadowolona, czy nie będę chować do siebie urazy. Jestem ciekawa, co będzie musiało się wydarzyć, by coś takie miało prawo bytu.
Tu macie mój pierwszy "portret". Siostra miała za mało czasu na rysowanie, więc poprosiła swoją dobroduszną straszą o pomoc, czyli mnie.
Do niedawna zastanawiałam się, która ja jest prawdziwa. Ta wieczna optymistka szukająca szczęścia po kątach i w ludziach, czy posępna i czarna postać mnie, od której bije ciężka aura. Szczerze, ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony mam czasami dosyć ciągłego patrzenia na świat poprzez pryzmat niechęci i politowania, ale z drugiej strony, gdy jestem zbyt szczęśliwa, mam dość tego ciągłego skakania ponad chmury i łapania za tęczę. Czy to nie brzmi dziwnie? Mieć dosyć radości? Mogłabym nauczyć się patrzenia obojętnie na wszystko, co mnie otacza, ale czy to nie byłoby okrutne? Czy nie stałabym się wtedy egoistką, która żyłaby znieczulicą? Czy to nie byłoby wstrętne? Nie potępiam innych ludzi za takie jestestwo, ponieważ stali się tacy z własnej woli, ale ja nie widzę siebie w takiej roli, jako człowieka. Choć nie jestem dumna z bycia człowiekiem i nie lubię ludzi, nie potrafiłaby przejść obok, nie patrząc nawet na ich potrzeby. Mam serce, choć jest chłodne i niedostępne. Jestem ciekawa, ile jeszcze czasu upłynie, aż odnajdę te prawdziwą siebie, którą zaakceptuję w całości. Jestem ciekawa, czy z takiej mnie będę zadowolona, czy nie będę chować do siebie urazy. Jestem ciekawa, co będzie musiało się wydarzyć, by coś takie miało prawo bytu.
Tu macie mój pierwszy "portret". Siostra miała za mało czasu na rysowanie, więc poprosiła swoją dobroduszną straszą o pomoc, czyli mnie.
środa, 13 czerwca 2012
Nie powiem Wam nic. Nie będę się wymądrzać, ani prawić morałów. Ostatnio nękają mnie koszmary, ciężkie do przetrawienia i przykre sny. Ostatnio obudziłam się ze łzami w oczach i ogromnym strachem, kołaczącym się sercem. To przez nieustabilizowane emocje, jakie ostatnio cały czas są przy mnie? To odreagowanie na wszystko co się dzieje i mnie dręczy? Jeśli tak to jestem u skraju wyczerpania. Moje sny są straszne bo nie raz już wydarzyło się to, co sobie wyśniłam. Gdzie te piękne sny o przystojnych Koreańczykach, wielkiej sławie i pięknym życiu? Pytam, gdzie te sny?!
Ostatnio marzę o tym, by być normalna.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Gdzieś jest weno ma?
Ostatnio przez mój brak twórczości cierpi wiele otaczających mnie rzeczy. Blog, photoblog, manga, maska balowa Kardo, rysunki do szkoły dla Kardo. Kiedy moja wena jest w dołku, ja, jako człowiek jestem bezużyteczna. Wszystko idzie opornie, bez dobrego efektu, nawet parówki, które jadam bardzo często, źle smakują. Nie wspomnę już o frytkach, które spiekam na kamień. Z braku ulokowania gdzieś wszystkich pomysłów, jakie gromadzą się w mojej głowie, robię się ciężka. Mój duch jest osłabiony, a dłonie nie wiedza, gdzie mają się podziać i co ze sobą zrobić. Czasami żałuję, że nie jestem umysłem ścisłym. W takich chwilach zajrzałabym do książki z liceum i porozwiązywałabym kilka zadań z matematyki, ładując przy tym baterie energii. Co z tego, że pomysły kłębią się w mojej głowie, skoro nie potrafię przelać ich na papier? Mając wizję głównej bohaterki, sięgam po czystą kartkę, zrzucam jak zwykle wszystko niepotrzebne z biurka, biorę różowy ołówek z Hello Kitty i.... I koniec. Dłoń nie wie co robić, ołówek wisi centymetr nad kartką, a ja? A ja gapie się w jeden punkt. Nie wiem, to przez lenistwo? Rozproszenie? Brak motywacji? Chęci? Czy ktoś zna dobry pomysł na odblokowanie ducha sztuki? Jak zakończyłam "scenariusz" mangi na randce głównych bohaterów, tak do tej pory siedzą w parku, jedząc słodkie bułki. Zapewne te bułki sczerstwiały, a oni przemokli do suchej nitki podczas takiej pogody, jaką teraz mamy za oknem. Jestem zła na siebie bo nie potrafię uporać się z samą sobą. Jestem zła bo kiedy zaczyna być coraz ciężej, ja rzucam kartką papieru w kąt. Jestem zła na siebie bo mam takie nędzny charakter. Za szybko się poddaje...
czwartek, 31 maja 2012
W głębi duszy
Pozwólcie, że schowam powłokę optymistki na jakiś czas. Powieszę ją w ciemnej szafie w osobnym pokoju. Niech poczeka na lepsze czasy, bym mogła ją przyodziać i cieszyć się pięknem życia, które kiedyś może nadejdzie.
wtorek, 29 maja 2012
Wspomnienie o dawnych miłościach
Jeśli ktoś uważa, że wspominając moje nieudane związki trafi w mój słaby punkt to bardzo się myli. To naprawdę zabawne, kiedy ktoś chce mi tym dopiec, a mnie nawet to nie ruszy. Ludzie, jesteście cudowni, uwielbiam Was i Wasze myślenie. Lubuje Was sercem mym i umysłem! Dlatego kochani, jeśli chcecie mi dogryźć, dojebać albo zrobić mi przykrość i wyryć na sercu szramę to nie tędy droga. To nie jest dla mnie drażliwy temat, nie jest mi wtedy smutno, czy źle. Było minęło, przełknęłam, pogryzłam to, co w tamtym czasie mnie bolało, więc nie widzę powodu, dla którego takie coś miałoby mnie w jakikolwiek sposób wyprowadzić z równowagi. W ogóle mam gdzieś Wasze dogryzanie mi. Jestem tak obojętna na Wasze gadanie, że aż mi Was szkoda czasami. To, że boli Was to co mówię, i że nie potraficie przyjąć prawdy i tych faktów do siebie to jest już Wasza i tylko Wasza sprawa. Nie potraficie mi się odgryźć. Mam ostatnie słowo, wybaczcie, że ciężko mi odpuścić i nie chcę być gorsza od Was. Odpuszczam tylko wtedy, gdy widzę, że nie ma sensu rozmawiać o czymś, co nie jest istotnie i mnie nie interesuje.
Więc proszę, nie denerwujcie mnie bo po co ma mi się więcej zmarszczek na mej radiowej urodzie zrobić?
Więc proszę, nie denerwujcie mnie bo po co ma mi się więcej zmarszczek na mej radiowej urodzie zrobić?
sobota, 19 maja 2012
tęcza już nie jest tęczą
Postanowiłam popisać trochę o pierdołach. Tak, o jeszcze większych i gorszych niż do tej pory. Zanudzę Was, wymęczę, aż głowy Wam popękają od mojego dziawolenia (czyt. gadania). Z dnia na dzień pogoda nam się poprawia. Jest słonecznie i mega gorąco przez co mój humor blednie w oczach. Jednak jestem zwolenniczką wszystkiego co szare i ponure. O stokroć wolę chłodne i pochmurne dni. W ogóle lubię negatywne rzeczy. Gdyby ktoś zapytał mnie, kim chciałabym być, dobrym, czy złym bohaterem, pewnie w obecnej chwili wolałabym zawładnąć światem tyranizując go, niż ratować go przez psycholem z wielkim mózgiem (o ile się nie mylę, ktoś zadał mi już takie pytanie. Wtedy chyba powiedziałam, że chciałabym być uosobieniem dobra i sprawiedliwości, o ja głupia. Tak byłoby nudne). Bóg chciał, że urodziłam się na wsi, więc bądź co bądź muszę wykonywać takie, a nie inne prace. Zawsze uważałam, że nie nadaje się do pracy fizycznej, faktycznie, miałam rację. Wolę o wiele bardziej malować paznokcie i siedzieć na tyłku niczym madame-pierdziu. Nie oszukujmy się, jestem wygodnym człowiekiem. Wychowano mnie tak, a nie inaczej (ale żeby nie było, jak trzeba to i pracować potrafię. Polak wszystko zrobi. Lubię kurczowo trzymać się stereotypów, coś w nich jest. Jakieś ziarenko prawdy tli się w nich. Dlatego uważam, że jako Polka jestem zdolna zrobić wszystko, jeśli tylko się zmobilizuję. Niestety nie chce mi się najzwyczajniej w świecie. Nie sądziłam, że takie gadanie od rzeczy jest taaakie fajne, Nie muszę trzymać się tematu, wymyślać i prawić morałów i jeszcze zastanawiać się nad tym, czy piszę z sensem i w miarę zrozumiale. Zawsze w gadaniu trzy-po-trzy byłam dobra. Szkoda, że ta przypadłość gdzieś uleciała wraz z dawnym charakterem. Jednak czasami fajnie było być taką stukniętą i szaloną nastolatką. Tyle przygód się przeżyło. Teraz jestem starym rupieciem myślącym dość poważnie o swojej przyszłości. Gdzie ta wolność i beztroska! Gdzie te dawne piękne i kolorowe lata młodości, gdzie tęcza była tęczą, a nie zjawiskiem meteorologicznym. No i zrobiło się poważnie.
środa, 16 maja 2012
Jestem desperatką!
Chciałabym coś dla Was napisać, ale moja wena twórcza, która ostatnimi czasy była ogromna chyba przeminęła. Nie wiem, czym to jest nawet spowodowane. Może brakiem nowych celów i pomysłów na siebie? Bardzo możliwe.Dlatego opowiem Wam coś o sobie. Kiedy byłam jeszcze mała i nie miałam nawet tych -naście lat, wiecie kim chciałam zostać? Otóż marzyło mi się bycie księżniczką. Wiecie, taką z prawdziwego zdarzenia. Duży zamek, mnóstwo komnat, łóżko z baldachimem, suknie z falbanami i kokardami, służba, cotygodniowymi balami, przystojnymi książętami. Jakie życie było cudowne, kiedy nie wiedziało się o jego prawdziwym funkcjonowaniu. Niestety nigdy nie byłam wybitnie inteligentna, by wiedzieć, że trzeba szlachetnie się urodzić by zostać księżniczką. Takie rzeczy były kiedyś nieistotne. To było w tym wszystkim najpiękniejsze i najbardziej cudownie niewinne. Kiedy zdałam sobie sprawę z niemożności bycia księżniczką, postanowiłam zostać pisarką, ot co. Setki zapisanych zeszytów, dziesiątki folderów z bazgrołami na pulpicie ekranu komputera, notatki, listy pomysłów. To sprawiało mi największą frajdę (zaraz po rysowaniu). Niestety, aby stać się sławną pisarką trzeba mieć w sobie to "coś", by słowa, które układa w zdania pisarz, tysiące ludzi chciałoby czytać, by te pomysły dawały czytelnikom wenę i natchnienie do stworzenia własnej, indywidualnej historii. Aby zostać pisarką musiałabym mieć w sobie ten "dryg", który niestety nie posiadam. Nie wydaje mi się, by czytało się mnie z łatwością i lekkością, bez żadnych "ale". U wybitnych pisarzy nawet ich składnia zdania (która jest ich własną inwencją twórczą) nie razi odbiorcy. Ile dałabym, by móc mieć taki talent! Nawet zawarłabym pakt z diabłem, by wydobył ze mnie tę twórczość.
Jestem cholerną desperatką biegnącą za marzeniami. Nie wyobrażam sobie w przyszłości robić coś, czego nie lubię, bądź co gorsza nienawidzę. Każdy znający mnie choć trochę, na pewno usłyszał podobne zdanie "Nie robię rzeczy, których nie lubię." lub "Nie pytam o takie rzeczy, nie interesuje mnie to.". Ludzie nienawidzą tego we mnie. Widzę ich wzrok i wiem, że chcą mi powiedzieć coś w stylu "Nie masz co liczyć, nie będziesz robić w przyszłości to co lubisz.". To jest straszne. Jeśli przyszłoby mi pracował w restauracji, serce pękłoby mi z żalu, bo ja nie znoszę gotować, nie potrafię tego robić i nie interesuje mnie to. Dlatego póki mogę, chcę desperacko biec za byciem pisarką. Byłabym tym ogromnie usatysfakcjonowana.
Jestem cholerną desperatką biegnącą za marzeniami. Nie wyobrażam sobie w przyszłości robić coś, czego nie lubię, bądź co gorsza nienawidzę. Każdy znający mnie choć trochę, na pewno usłyszał podobne zdanie "Nie robię rzeczy, których nie lubię." lub "Nie pytam o takie rzeczy, nie interesuje mnie to.". Ludzie nienawidzą tego we mnie. Widzę ich wzrok i wiem, że chcą mi powiedzieć coś w stylu "Nie masz co liczyć, nie będziesz robić w przyszłości to co lubisz.". To jest straszne. Jeśli przyszłoby mi pracował w restauracji, serce pękłoby mi z żalu, bo ja nie znoszę gotować, nie potrafię tego robić i nie interesuje mnie to. Dlatego póki mogę, chcę desperacko biec za byciem pisarką. Byłabym tym ogromnie usatysfakcjonowana.
niedziela, 13 maja 2012
Gotowi... Do biegu... Start!
Stres od już ponad ładnych kilku lat jest zjadaczem, pożeraczem, "kradziejem" mojego życia. Jest tak nieodłącznym elementem, jak samotność u człowieka epoki romantyzmu albo anime dla prawdziwego fana. Ogólnie rzecz biorąc jestem kłębkiem nerwów, który wybucha w najmniej oczekiwanym momencie, przez co stawiam się zazwyczaj w niekomfortowej sytuacji. Kiedy stres wchodzi w grę, wszystko potrafi zburzyć. Nie ważne, że świeci słońce, pije piwo, maluje paznokcie, słucham ulubionej muzyki, nie ważne co bym robiła i jakiej by mi to przyjemności nie sprawiało, musi zniszczyć cały mój spokój, harmonię i plany. Stresie, nienawidzę cię. Jak zapewne wiecie, stres wywołuje prawie wszystko. Spotkania z pewnymi ludźmi, szkoła, rodzina, występy przed publiką, wypowiedzenie się w danym temacie, w skrócie towarzyszy nam przez cały czas. Pomyślałam "tak nie może być, stres nie może mną kierować", no to wzięłam się za siebie. Cóż... Wyszło, jak wyszło. Stałam się tym, kim się stała, w sumie nie żałuję. Daleko mi jeszcze do całkowitej znieczulicy na otaczający mnie świat, ale przynajmniej częściej wykonuję gest "machnięcia ręką" przez co wszystko staje się mniej skomplikowane. Czy to nie cudowne? Może i prysnął czar słodkiej Diany, ale w końcu żyje dla siebie, a nie dla "widzi-mi-się" innych ludzi.
Jest tak, jak powinno być od dawna. To nic, że mój optymizm jest tak ogromny, jak stężenie k-popu we krwi ostatnimi czasy, ale to naprawdę nie jest ważne. Dlaczego mam się nie cieszyć, skoro jest dobrze. Jeśli mam powody do uśmiechu to chyba dobrze, prawda? Będę egoistką i odbiorę Wam trochę radości z życia. Teraz moja kolej. Wyzywam Was na pojedynek - kto pierwszy się uśmiechnie? :)
Jest tak, jak powinno być od dawna. To nic, że mój optymizm jest tak ogromny, jak stężenie k-popu we krwi ostatnimi czasy, ale to naprawdę nie jest ważne. Dlaczego mam się nie cieszyć, skoro jest dobrze. Jeśli mam powody do uśmiechu to chyba dobrze, prawda? Będę egoistką i odbiorę Wam trochę radości z życia. Teraz moja kolej. Wyzywam Was na pojedynek - kto pierwszy się uśmiechnie? :)
czwartek, 10 maja 2012
Podaj mi rękę, ja Ci pomogę, ja Cię poprowadzę
Mam nadzieję, że zły los odwrócił się ode mnie, a szczęście uśmiechnęło się do mnie, pokazujący wszystkie zęby. W końcu ile ma ciągnąć się za mną pasmo nieszczęść i ile ma wisieć chmura gradowa? No właśnie. Jestem dobrej myśli, mój pesymizm gdzieś odszedł w niepamięć (może przesadziłam, nadal jest, ale jakby mniej, coś go ubyło). Kochani. Czy myślicie o swoich marzeniach poważnie? Czy jesteście w stanie poświęcić się im i iść ku nim? Dziś, nieświadomie powiedziałam mojej przyjaciółce, że ja bez marzeń byłabym nikim. I wiecie co? To prawda. Prawda nad prawdami. Nic nie zrobiłabym bez moich marzeń, ani mojej wyobraźni. To one trzymają mnie przy uśmiechniętym życiu. Choć mam świadomość, że te plany mogą się nie ziścić, nie zniechęca mnie to. Chcę próbować i starać się być bliżej marzeń, a nie dalej. Nie chcę w wieku emerytalnym zapłakać nad życiem i mówić krztusząc się łzami, że mogłam coś zrobić, ale tej szansy nie wykorzystałam. Po to mamy młodość, własną nieprzymuszoną wolę, rozum, zainteresowania i marzenia by robić to, co kochamy i co lubimy nie podporządkowując się całej reszcie świata. Wiem, że będą dni, kiedy rzucę stertą zarysowanych i zapisanych kartek, wiem, że nie będzie łatwo, wiem, że pogruchoczę sobie nerwy, ale wiem też, że pozbieram te kartki i zacznę od nowa. Ba! Nawet się uśmiechnę!
Naprawdę lubię pisać o marzeniach, lubię o nich myśleć, lubię o nich mówić.
Od teraz będzie już tylko lepiej. Gorzej już było. Nastał nowy czas - mój czas.
Naprawdę lubię pisać o marzeniach, lubię o nich myśleć, lubię o nich mówić.
Od teraz będzie już tylko lepiej. Gorzej już było. Nastał nowy czas - mój czas.
wtorek, 1 maja 2012
Coś mnie dzisiaj tknęło i doszłam do wniosku, ze komuś należy się notka. Ta osoba jest dla mnie bardzo, ale to bardzo ważna. Skoczyłabym za nią w ognień, dałabym się poćwiartować, oddałabym dusze diabłu. Zawarłabym każdy pakt, by ją odzyskać. Jako jedyna potrafi mnie wysłuchać, wstawi się za mną i jak będzie trzeba to opieprzyć. Nigdy źle o mnie nie powiedziała, nawet jeśli dawałam jej porządnie w kość. Nigdy nie narzekała, zawsze rozumiała, dlaczego robię tak, a nie inaczej. Tak Kardo, to o Tobie.
Uwielbiam, kiedy mam nowe pomysły na opowieści, mangi, czy "książki". Uwielbiam, kiedy udajesz, ze nie słyszysz tego mojego "wpadłam na świetny pomysł. Wiem o czym teraz będę pisać", mimo wszystko i tak jako jedyna pytasz, co znowu wymyśliłam i czym tym razem będę Cię nękać wieczorami, żebyś pomogła mi coś wymyślić. Robisz to jako jedyna. Wiesz, że to i tak nigdy nie ujrzy światła dziennego, ale mimo wszystko starasz się pomóc i wesprzeć, jak tylko się da. Choć masz zaledwie 14 lat, jesteś niesamowita. Nie chciałabym innej siostry, jesteś prawdziwą przyjaciółką. Wiesz o każdym moim wybryku, smutku, uśmiechu. Nawet komplementy mi prawisz bym poczuła się lepiej, to potrafisz bo robisz to "ze smakiem". Może ta notka kiedyś wpadnie w Twoje "kocie" łapki, może to przeczytasz i nawet się do tego nie przyznasz, a nawet jeśli tego nie zobaczysz to i tak dobrze wiesz, jaka ważna dla mnie jesteś. Im robisz się starsza i poważniejsza, ja nadal widzę w Tobie tę małą i śliczną blondyneczkę. Nikomu nigdy nie dam Cie skrzywdzić, to silniejsze ode mnie i nawet jeśli powiedziałabyś mi "Diana, odwal się i zostaw mnie w spokoju", nie odeszłabym. Do tej pory pamiętam Cię, jako dziesięciolatkę. Taką Ciebie, nadal mam przed oczami, taka Ty najbardziej utkwiłaś mi w pamięci i tak już pozostanie. Moja mała, wredna i nieuczuciowa siostra, przyjmująca wszystko do siebie ze stoickim spokojem :*
Uwielbiam, kiedy mam nowe pomysły na opowieści, mangi, czy "książki". Uwielbiam, kiedy udajesz, ze nie słyszysz tego mojego "wpadłam na świetny pomysł. Wiem o czym teraz będę pisać", mimo wszystko i tak jako jedyna pytasz, co znowu wymyśliłam i czym tym razem będę Cię nękać wieczorami, żebyś pomogła mi coś wymyślić. Robisz to jako jedyna. Wiesz, że to i tak nigdy nie ujrzy światła dziennego, ale mimo wszystko starasz się pomóc i wesprzeć, jak tylko się da. Choć masz zaledwie 14 lat, jesteś niesamowita. Nie chciałabym innej siostry, jesteś prawdziwą przyjaciółką. Wiesz o każdym moim wybryku, smutku, uśmiechu. Nawet komplementy mi prawisz bym poczuła się lepiej, to potrafisz bo robisz to "ze smakiem". Może ta notka kiedyś wpadnie w Twoje "kocie" łapki, może to przeczytasz i nawet się do tego nie przyznasz, a nawet jeśli tego nie zobaczysz to i tak dobrze wiesz, jaka ważna dla mnie jesteś. Im robisz się starsza i poważniejsza, ja nadal widzę w Tobie tę małą i śliczną blondyneczkę. Nikomu nigdy nie dam Cie skrzywdzić, to silniejsze ode mnie i nawet jeśli powiedziałabyś mi "Diana, odwal się i zostaw mnie w spokoju", nie odeszłabym. Do tej pory pamiętam Cię, jako dziesięciolatkę. Taką Ciebie, nadal mam przed oczami, taka Ty najbardziej utkwiłaś mi w pamięci i tak już pozostanie. Moja mała, wredna i nieuczuciowa siostra, przyjmująca wszystko do siebie ze stoickim spokojem :*
Przyjdzie czas
Gorące poranki i popołudnia, ciepłe wieczory, rozgwieżdżone niebo, lśniący księżyc, tak wyglądają ostatnio wszystkie dni. Pomimo niepokoju i pustki w sercu, potrafię na chwilę odetchnąć i wypełnić płuca czystym powietrzem, które uspokaja mnie na swój sposób. Zawsze miałam problemy z wyznawaniem uczuć, czy ich okazywaniem. Zawsze wstydziłam się ich nawet przed samą sobą. Wczoraj, po północy, kiedy razem z przyjaciółką stałyśmy przed moim domem patrzyłyśmy w niebo i szukałyśmy gwiazdy polarnej. W tym samym momencie krzyknęłyśmy jednocześnie bo zobaczyłyśmy spadającą gwiazdę. Niesamowite, zimna i o chłodnych uczuciach Diana pomyślała życzenie "Chce niedługo się zakochać". Kiedy spadająca gwiazda zaniknęła gdzieś w przestrzeni, dotarło do mnie, czego sobie zażyczyłam. Teraz wstydzę się tego, ale wtedy ja naprawdę o tym pomyślałam. Będąc nawet takim kimś, jak ja, a nawet i gorszą osobą, nie jesteśmy w stanie zaprzestać czucia, czy miłości. To jest w nas. Siedzi gdzieś, pielęgnując tę czystość i niewinność, by serce mogło dla kogoś zabić mocniej, by móc dla tej osoby zrobić wszystko, w mniejszym lub większym stopniu pokazać, że ktoś jest dla nas ważny. W końcu przychodzi czas na każdego by dorosnąć do takich poważnych i zobowiązujących uczuć. Ja jestem w trakcie dorastania, a Ty?
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Niesamowite. Ludzie nie przestaną mnie nigdy zadziwiać. Przyjaźń, miłość - wszystko teraz jest takie... mało znaczące. W sumie pewnie sama nie jestem lepsza, więc raczej nie powinnam prawić morałów. Ale mimo wszystko nie zmienia to dalej faktu, że nawet najbliżsi mnie zaskakują. Ludzie, przy Was nie można mówić o nudzie. Nie dajecie odpocząć od radości, bólu, smutku. Tyle dajecie, ale ile też odbieracie.
piątek, 30 marca 2012
Uroniłabym tych kilka łez, ale nie ma nikogo, kto mógłby je otrzeć. Choć wiem, jak wszystko działa i w jakim świecie żyjemy, nawet ja nie potrafię pewnych spraw dopuścić do swoich myśli. Jestem nauczona nie oczekiwać zbyt wiele - nie oczekuję. Wiem, że nie każdy ma szczęście - jestem świadoma tego, że nie należę do tej elity farciarzy. Nauczyłam się jeszcze wielu innych rzeczy, ale nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że ludzie odchodzą pomimo tego, że kiedyś byli mi tak bliscy. Nie przywyknę do tego. Wiem też, że i Ty odejdziesz. Odeszły miłości, odeszły przyjaźnie, odejdziesz i Ty.
wtorek, 27 marca 2012
Siedź cicho i słuchaj
Upijcie się na bogato. Usiądźcie i porozmawiajcie. Spójrz w lustro i powiedz, co myślisz o tej osobie w odbiciu. Ciekawe, czy zaprzeczy Twoim słowom i będzie starał się usprawiedliwić ze swoich poczynań. Sprawdź.
poniedziałek, 26 marca 2012
Wisi nade mną smętna chmura
Dużo siedzi teraz we mnie. Jestem tym wszystkim zalana po brzegi. Wylewa się to w każdej możliwej chwili. Po prostu topię się w własnych myślach i emocjach. A może przesadzam? Może, jak zwykle to wszystko wyolbrzymiam? Możliwe. Mam do tego tendencję, ogromną tendencję. Może, jak zwykle rozejdzie się po kościach i bez ofiar? A może wybuchnę i narozrabiam pozostawiając po sobie zgliszcza emocji innych? Nie wiem. Nie jestem pewna. Nie znam siebie, jestem nieprzewidywalna, więc nie jestem w stanie przewidzieć, co zrobię. Jak dramatycznie. Nie mam pomysłu na rozładowanie sytuacji. Niech pozostanie tragicznie. Tak jest lepiej. Po mojemu.
wtorek, 6 marca 2012
Na własny rachunek
Każdego dnia ktoś umiera. My, jako ludzie cieszący się z własnego szczęścia... Czy to nie czyni z nas egoistów względem cierpienia innych? Uśmiechamy się, bawimy, mówimy głośno o własnym szczęściu, ale czy ludziom stojącym obok nie sprawiamy przykrości? Czy kiedykolwiek pomyśleliśmy o obcych dla nas ludziach? Nigdy. Nigdy taka myśl nie przeszła nam przez głowę, uśmiechając się do kolegi, czy bliskiej nam osoby. Czy przez to stajemy się nieczuli na krzywdę? Nic z tych rzeczy. Każdy z nas ma prawo do radości, uśmiechu, płaczu, czy cierpienia. Nikt i nic nie może nam tego odebrać. Musimy być egoistami, choć w malutkim stopniu, inaczej nie potrafilibyśmy żyć na własny rachunek, we własnym tempie, tylko dla siebie. Po to dostaliśmy życie, by korzystać z niego w indywidualny sposób. Nie obawiaj się, że ktoś powie Ci, że jesteś egoistą i nie myślisz o nikim. Nikt Ci tego nie zarzuci bo wszyscy tak postępują. Dziś zdarzyło mi się o tym pomyśleć, ale z pewnością jutro zapomnę o krzywdzie innych, zajmę się własnym życiem. W końcu nikt go za mnie nie przeżyje, prawda? Wszystko, co nas otacza to normalności, to wszystko nazywane jest rzeczywistością. Nie jesteśmy potępiani za uśmiech, ani za łzy. Nikt nie zabroni nam przytulić się do kogoś, czy spoliczkować osoby, która w jakiś sposób chciała nam zaszkodzić. Żyjmy moralnie, a nawet wróg nie osądzi Cię o egoizm, którego tak niektórzy się obawiają.
piątek, 2 marca 2012
Koniec końców
Świat został tak skonstruowany, że wszystko ma się kończyć, aby miało prawo zacząć się coś nowego. Ja, w obecnej sytuacji czuje się, jakbym zawiesiła się gdzieś pomiędzy końcem i początkiem. Czuję to od jakiegoś czasu. Mam cele, do których chce dążyć, staram się, wspinam, wyciskam z siebie siódme poty, a i tak nie jestem usatysfakcjonowana. Jestem martwa. Nie widać tego upragnionego końca, a o wypatrzeniu, gdzieś w oddali nowego startu nie ma mowy. Jedyne co dostrzegam to przyjaciele, którzy zmieniają się z każdym dniem. Coraz mniej nas łączy, coraz więcej dzieli. Dorastamy? Zmieniamy się? Jak to jest? Coraz mniej między nami słów coraz więcej przepaści bez mostów, które kiedyś był w stanie nas połączyć.
środa, 29 lutego 2012
Lubię i nienawidzę.
Leżąc nocą w łóżku, przykryta kołdrą i ciemno-szarym, miękkim kocem, który dotykał moich policzków, pomyślałam o tym co lubię i czego nienawidzę. Wiem, że byłam wtedy bardzo spokojna, przepełniona normalnymi, stałymi uczuciami. Pierwsze, co przyszło mi namyśl to to, że nie lubię pomidorów. Potem pomyślałam, że lubię zapach benzyny. Przypomniało mi się tankowanie skutera i właśnie jej zapach. Nie lubię upałów, ani żółtego koloru, choć w tym odcieniu mam mój ulubiony kubek, na którym widnieje ":)". Lubię deszczowe dni, choć wtedy jestem senna i zdołowana. Nie przepadam za piciem wody z kubka, wole pić ją z butelki. Lubie płakać, wtedy czuję, że jestem prawdziwa i mam jakieś uczucia. Nie lubię się przytulać. Nie wiem, dlaczego, ale nie lubię. Jedynie rodzina ma do tego prawo. Ich nie odrzucę. Nienawidzę, kiedy zaginają się rogi kartek w zeszytach, ani kiedy marzę po marginesie, przez co zeszyt szpetnie wygląda. Lubię, kiedy wiosną wszystko kwitnie, a drzewa robią się zielone i mogę spacerkiem przechodzić obok budzącej się do życia natury. Lubię mój kubek z pływającymi rybkami, w którym trzymam ołówki, długopisy, śrubokręt i gwoździe. Dostałam go od rodziców po ich przyjeździe z Niemiec. Mam go już od co najmniej 14 lat. Lubię fioletowy kolor, kredki, zapach papieru, smutne i spokojne piosenki. Nie znoszę błyszczyków, ani rękawiczek, choć mam taką jedną, ładną parę czerwonych, z takimi ślicznymi guzikami. Kocham oglądać gwiazdy i wyobrażać sobie, że jestem panią księżyca. Zawsze czułam z nim silne powiązanie, jakbym miała z nim coś wspólnego. Nie cierpię gorącej kawy, wole, kiedy jest już zimna. Nie znoszę kakao, ale wczoraj wypiłam dwa kubki tego obrzydlistwa. Lubie, kiedy moja mama śpiewa, choć kompletnie się do tego nie nadaje, ale wiem, że wtedy jest szczęśliwa. Uwielbiam, kiedy mama przychodzi do pokoju, przytula mnie i mówi do mnie "skarbie", choć zawsze wtedy krzyczę i mówię "oj weź Ty stara, głupia kobieto", ale i tak całuję ją w policzek i przytulam się mocno, targając jej te kudłate sianowate włosy. Zawsze mi się za to obrywa. Uwielbiam śmiać się z siostrą z byle głupoty, albo kłócić się z nią o jeszcze bardziej błahe sprawy. Lubię siedzieć z nią i zachwycać się Koreańczykami z Super Junior, podczas oglądania ich teledysków. Zawsze wtedy obie wzdychamy pod nosem. Lubię dokuczać ludziom i mówić im, że są do dupy, choć wcale tak nie uważam. Lubię żarty mojego taty, choć kompletnie ich nie rozumiem i często się przez to kłócimy. Nie lubię być sama. Czuję, że wtedy cały świat jest przeciwko mnie, choć tak serio to sama odsuwam się od ludzi. Lubię, kiedy ludzie się uśmiechają. Tak naprawdę lubię patrzeć na szczęście innych. Ja go nie potrzebuję, ale inni ludzie tak, wtedy ja automatycznie uśmiecham się do siebie. Wolę, żeby innym było dobrze. Ja zabrałabym od nich każde cierpienie, choć nie lubię ludzi. Kocham dzieci. Choć mówią, że mam straszne oczy, dzieci zawsze się do mnie uśmiechają. Uwielbiam koty. Szanuje psy. Wiem, to dziwne szanować psa, ale one... One są inne od innych zwierząt. Zawsze chciałam mieć szynszyla. Uważam, że są urocze. Lubie moje dziecinnie wyglądające litery. Lubię pisać. Byle co, aby tylko pisać. Lubię słodko wyglądające rzeczy: bransoletki, ubranka dla dzieci, kolczyki, przywieszki na telefon. Zapewne jest to spowodowane tym, że sama nie jestem słodka.Chcę sobie sprawić wisiorek z żółtą koroną, w końcu jestem księżniczką, a raczej zawsze chciałam nią być. Nienawidzę, kiedy wkładam całe serce w mój rysunek, a on najzwyczajniej w świecie mi nie wychodzi. Nie lubię ciemności. Wtedy myślę o sprawach, które nie mają prawa bytu, albo są tak ważne, że aż zaczynają mnie przytłaczać. Dlatego lubię spać. Wtedy nic mnie nie obchodzi.
Kocham wszystko, a zarazem wszystkiego nienawidzę...
Kocham wszystko, a zarazem wszystkiego nienawidzę...
czwartek, 23 lutego 2012
Hej, czym jest miłość?
Naczytałam się różnych postów, notek, zdań i myśli innych ludzi na temat zakochania, czy miłości, ale nikt konkretnie nie określił tego uczucia, a ono przecież na ogół towarzyszy nam w codziennym życiu. Jest wszędzie. Czasami mam wrażenie, że to takie swoiste i zwyczajne uczucie, które można zdobyć w każdej chwili, tak samo jak i pozbyć, niczym pstryknięcie palcami. Ludzie mówią o niej wkoło, zmieniają statusy na facebook'u (hahaha), wspominają o tym, ale czy wiedzą, co to tak naprawdę jest? Bo mi się wydaje, że chyba nie! A może i wiedzą... W sumie, nigdy nie byłam zakochana to skąd mogę wiedzieć, jak to jest? I czym to w ogóle jest. Mówi się o motylkach w brzuchu, wewnętrznym cieple i ucisku w sercu na widok lubego/ lubej. Ej, czy to nie banalne? Po takich odczuciach mamy być pewni, że to osoba, którą kochamy? Ta. To cholernie zabawne. A teraz popatrzcie - podoba Wam się ktoś (przypomnijcie sobie, jak to jest). Macie ochotę widywać tę osobę, rozmawiać z nią, a nawet poznać bliżej i dowiedzieć się, jaka jest na co dzień. Robi Wam się cieplutko na sercu. Hej! To prawie zakochanie! Miłość, zauroczenie, zakochanie, podobanie - ja osobiście wrzuciłabym to do jednego worka. Właśnie zdałam sobie sprawę, jaka kiedyś byłam głuuupiaaaa. Dla jakiegoś bęcwała mogłam zrobić wszystko, żeby go uszczęśliwić, a teraz nie wykupiłabym go zniewoli za złamanego grosza. Widzicie, jakie to oszukaństwo? Boże, jacy my ślepi jesteśmy! Tę miłość wmawiamy sobie bo czujemy się samotni? Chcemy coś przez nią osiągnąć? A może oszukać samego siebie, że jesteśmy dla kogoś ważni, że nie jesteśmy gorsi od innych? Szkoda, że nie pamiętam co czułam te <liczy> 4-5 lat temu. AH! SZKODA! Szkoda, że nie wiem, gdzie są moje zapiski z tamtych lat. Z chęcią bym przytoczyłabym Wam tych kilka słów z życia głupiej Diany. Byłabym w stanie pokazać Wam, jaka miłość (czy zauroczenie) jest ślepe. Wiem, bo przeżyłam to na własnej skórze. To taka "marność nad marnościami". Najpierw coś się pojawia, potem zastanawiamy się, co to jest. Dowiadujemy się o znaczeniu uczucia. Zaczynamy mu ufać, a potem? Potem wszystko pęka, jak bańka mydlana, czy czar, który pryska razem z wybijającą północą na zegarze. Dlatego nie ufam sobie, ani moim uczuciom bo mam świadomość tego, że wszystko z czasem mija i pozostaje tylko przyzwyczajenie. Jeśli ktoś jest teraz zakochany i wie, że to na pewno prawdziwe uczucie - podziwiam bo ja nie wiem, jak to jest. To coś, czego pewnie nie można ubrać w słowo i nie potrafi przybrać żadnej formy.
Pamiętajcie, mi się nie ufa. Jestem szkudnym kotem, który nie patrzy na innych, jest niewdzięczny i chodzi własnym ścieżkami. Wszystko, co jest tu napisane, to tylko słowa. Wy możecie czuć i rozumieć wszystko inaczej.
Z tego wszystkiego nie dowiedziałam się, co to miłość. Myślałam, ze olśni mnie podczas pisania. No, ale jak, skoro nie było się zakochanym?
Hej, boli mnie serce.
Pamiętajcie, mi się nie ufa. Jestem szkudnym kotem, który nie patrzy na innych, jest niewdzięczny i chodzi własnym ścieżkami. Wszystko, co jest tu napisane, to tylko słowa. Wy możecie czuć i rozumieć wszystko inaczej.
Z tego wszystkiego nie dowiedziałam się, co to miłość. Myślałam, ze olśni mnie podczas pisania. No, ale jak, skoro nie było się zakochanym?
Hej, boli mnie serce.
piątek, 17 lutego 2012
Pusty
Blog miał na celu wyrzucenie z siebie wszystkich życiowych rozterek i przemyśleń. Niestety. Nie zdało to egzaminu. Photoblog jest odwiedzany raz na 2-3 tygodnie bo w sumie o czym ja mam tam pisać. Za dużo ludzi ma do niego dostęp, a po cholerę, ja mam się tam żalić i pisać co mi w ludziach nie pasuje. Zapewne w odwecie oberwałabym jakąś notką na czyimś blogu i tak kółko by się zataczało bezsensownie. Ale nie do tego dążę. Bardziej chodzi mi o sam fakt otworzenia się przed ludżmi. Kiedyś wystarczyło porozmawiać z człowiekiem od serca, ten ktoś wysłuchał Cię i powiedział co myśli o danej sytuacji. Teraz, na daną chwilę nie widzę takiej opcji. Nie potrafiłabym opowiedzieć o tym co leży mi tam głęboko chowane coś zalegające mi na sercu. To nie kwestia zaufania, po prostu nie widzę potrzeby. Człowiek z czasem uczy się samodzielności i zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli sam sobie nie poradzi to inni też nie będą w stanie. Tylko my wiemy, czego tak naprawdę potrzebujemy. Nawet jeśli opowiemy komuś o naszych troskach i przyjaciel podpowie, co z tym fantem można zrobić, to tak czy siak zrobimy wszystko po swojemu. Choć cały czas w sobie będziemy mieć świadomość naszej już z góry przesądzonej porażki, zrobimy to, co zaboli nas najbardziej, aby nie mieć żalu do siebie i nie pluć sobie w brodę ze słowami "miałam szanse, ale zmarnowałam ją".
Kiedyś, będąc dzieckiem problemem był deszcz na dworze. Nie można było wyjść i pobawić się w piaskownicy. Płakać się chciało, kiedy przegapiło się lecącą bajkę z "Domowego kina" na TVNie. W gimnazjum największym zmartwieniem były rozterki miłosne i kłótnie z koleżankami. W liceum człowiek zaprzątał sobie głowę głupimi zakochaniami, ponieważ ten związek już brało się na poważnie. Problemem było to, czy pójść na wagary dzisiaj, czy może jutro, bo ma pytać z polskiego. Niedługo będziemy borykać się z pracą, która będzie uciekać nam sprzed nosa, będziemy liczyć co do grosza, aby starczyło do 1-szego. Z każdą chwila będzie coraz ciężej. Zamiast ulżyć sobie w cierpieniu i porozmawiać z kimś, my tłumimy to w sobie i nie pozwalamy na to, by ktoś wsparł nas ramieniem otuchy. Zamykamy się na świat, zamykamy się na ludzi. Tkwimy ze spuchniętą głową po kranem z zimną wodą i zastanawiamy się, co zrobić, jak to odkręcić na lepsze. Skąd mogę wiedzieć i pisać o takich rzeczach? Dlatego, że ja staję się tą zamkniętą osobą i nie dopuszczam nikogo po za granice mojego świata. hmm... Prawie jak hollow z Bleach. Niedługo mój łańcuch zniknie, a ja przyjmę maskę i będę pusta w środku ze swoimi żalami, które nie będą dawały mi żyć bez troski.
Kiedyś, będąc dzieckiem problemem był deszcz na dworze. Nie można było wyjść i pobawić się w piaskownicy. Płakać się chciało, kiedy przegapiło się lecącą bajkę z "Domowego kina" na TVNie. W gimnazjum największym zmartwieniem były rozterki miłosne i kłótnie z koleżankami. W liceum człowiek zaprzątał sobie głowę głupimi zakochaniami, ponieważ ten związek już brało się na poważnie. Problemem było to, czy pójść na wagary dzisiaj, czy może jutro, bo ma pytać z polskiego. Niedługo będziemy borykać się z pracą, która będzie uciekać nam sprzed nosa, będziemy liczyć co do grosza, aby starczyło do 1-szego. Z każdą chwila będzie coraz ciężej. Zamiast ulżyć sobie w cierpieniu i porozmawiać z kimś, my tłumimy to w sobie i nie pozwalamy na to, by ktoś wsparł nas ramieniem otuchy. Zamykamy się na świat, zamykamy się na ludzi. Tkwimy ze spuchniętą głową po kranem z zimną wodą i zastanawiamy się, co zrobić, jak to odkręcić na lepsze. Skąd mogę wiedzieć i pisać o takich rzeczach? Dlatego, że ja staję się tą zamkniętą osobą i nie dopuszczam nikogo po za granice mojego świata. hmm... Prawie jak hollow z Bleach. Niedługo mój łańcuch zniknie, a ja przyjmę maskę i będę pusta w środku ze swoimi żalami, które nie będą dawały mi żyć bez troski.
poniedziałek, 13 lutego 2012
Porajcujmy się walentynkami
Po przebudzeniu, otworzyłam oczy i powiedziałam sobie "Dzisiaj wracam do mojego domku!". Nie żeby było mi źle u siostry, ale lubię swój dom. Wiem, że beze mnie domownicy się nudzą.
Aby dotrzeć do domu, muszę z punktu A (dom siostry) dobrzeć do punktu B (nasze małe miasto), aby móc przemieścić się do punktu C, który jest moim miejscem na ziemi. Oczywiście czekałam na busa dłużej niż było planowane, ale kto by się tym przejmował. Dotarłam do miasta. Kupa ludzi, wszyscy gdzieś się spieszą, ja z torbą przedzieram się przez tabuny człowieków i! przypomniało mi się, że mój kot głoduje z tego co mi mama mówiła, więc muszę kupić kotce puszkę Kitekata. Wchodzę do domu towarowego, a tam?! SZAŁ W A L E N T Y N K O W Y ! Tak. Przyszła połowa lutego to i zakochańce wyszli do wierzchu. Wszędzie serduszka, pary trzymające się za "łapki", chłopcy przy stoiskach z biżuterią wybierają srebrne bransoletki, albo jakieś wisiorki do łańcuszków w kształcie serduszek, czy kolczyki, które ledwo są widoczne w tych ogromnych męskich łapskach. Oczywiście dziewczyny też nie próżnują! Przyglądają się rameczkom na zdjęcia, by mogły tam umiejscowić swoją uroczą i przerobioną fotografię i wręczyć lubemu by mógł codziennie budzić się i widzieć jej roześmianą twarzyczkę i za jakiś czas wywalić to zdjęcie bo przecież się pokłócą i będą szczerze się nienawidzić i mijać na ulicy bez słowa z pogarda w oczach. To są właśnie moi drodzy walentynki. Nie jestem do nich tak dziwnie negatywnie nastawiona przez to, że jestem singlem, tylko po prostu nie uznaje tego święta i lubię o tym przypominać co roku. Rzesze zakochanych pewnie nabiłoby mnie teraz na pal i podpaliło na stosie za to, co pisze i że nie powinnam się z nich nabijać, ale jak już wspomniałam lubię to. Na pytanie "Dlaczego nie lubisz walentynek?;o:(", odpowiadam - bo to nic nie warte komercyjne i na pokaz "święto", które przyszło z zachodu, jak cała nędzna reszta. Zbieram się do napisania tej notki od dwóch dni, ale kiedy zobaczyłam ludzi w mieście TO DOPIERO wena mnie dopadła. Ludzie są tak niesamowicie przewidywalni i normalni, że aż mnie to rajcuje. Tak więc życzę Wam wspaniałych walentynek i żebym nie było, że jestem taka niemiła dla Was to życzę Wam, abyście byli dla siebie mili i aby Wasze związki trwały trochę dłużej niż przewiduję. Zacznijcie ludzie traktować się poważnie.
Aby dotrzeć do domu, muszę z punktu A (dom siostry) dobrzeć do punktu B (nasze małe miasto), aby móc przemieścić się do punktu C, który jest moim miejscem na ziemi. Oczywiście czekałam na busa dłużej niż było planowane, ale kto by się tym przejmował. Dotarłam do miasta. Kupa ludzi, wszyscy gdzieś się spieszą, ja z torbą przedzieram się przez tabuny człowieków i! przypomniało mi się, że mój kot głoduje z tego co mi mama mówiła, więc muszę kupić kotce puszkę Kitekata. Wchodzę do domu towarowego, a tam?! SZAŁ W A L E N T Y N K O W Y ! Tak. Przyszła połowa lutego to i zakochańce wyszli do wierzchu. Wszędzie serduszka, pary trzymające się za "łapki", chłopcy przy stoiskach z biżuterią wybierają srebrne bransoletki, albo jakieś wisiorki do łańcuszków w kształcie serduszek, czy kolczyki, które ledwo są widoczne w tych ogromnych męskich łapskach. Oczywiście dziewczyny też nie próżnują! Przyglądają się rameczkom na zdjęcia, by mogły tam umiejscowić swoją uroczą i przerobioną fotografię i wręczyć lubemu by mógł codziennie budzić się i widzieć jej roześmianą twarzyczkę i za jakiś czas wywalić to zdjęcie bo przecież się pokłócą i będą szczerze się nienawidzić i mijać na ulicy bez słowa z pogarda w oczach. To są właśnie moi drodzy walentynki. Nie jestem do nich tak dziwnie negatywnie nastawiona przez to, że jestem singlem, tylko po prostu nie uznaje tego święta i lubię o tym przypominać co roku. Rzesze zakochanych pewnie nabiłoby mnie teraz na pal i podpaliło na stosie za to, co pisze i że nie powinnam się z nich nabijać, ale jak już wspomniałam lubię to. Na pytanie "Dlaczego nie lubisz walentynek?;o:(", odpowiadam - bo to nic nie warte komercyjne i na pokaz "święto", które przyszło z zachodu, jak cała nędzna reszta. Zbieram się do napisania tej notki od dwóch dni, ale kiedy zobaczyłam ludzi w mieście TO DOPIERO wena mnie dopadła. Ludzie są tak niesamowicie przewidywalni i normalni, że aż mnie to rajcuje. Tak więc życzę Wam wspaniałych walentynek i żebym nie było, że jestem taka niemiła dla Was to życzę Wam, abyście byli dla siebie mili i aby Wasze związki trwały trochę dłużej niż przewiduję. Zacznijcie ludzie traktować się poważnie.
poniedziałek, 6 lutego 2012
Session 9
Lubię mange i anime. Tak, serio bardzo to lubię. Niektórzy uważają mnie za wariatkę i że tracę czas przesiadując dziennie 24min x (nieokreślona ilość odcinków dziennie), a inni wręcz cieszą się, że mam swoje własne zainteresowania. No cóż, nikomu oceniać to, co lubię. Uwielbiam tandetne romasiki, gdzie dwójka głównych bohaterów zakochuje się w sobie, a ja czytam bądź oglądam ich perypetie i śmieję się z tego co wyprawiają, albo płaczę bo im się nie układa. Pisząc to, widzę jakie to żałosne i wcale nie dziwię się, że ludzie uważają mnie za dziwaka. (ale żeby nie było, nie tylko romansami żyję)
Dzisiaj czytając jedną z mang, jakoś tak... smutno mi się zrobiło. A może przykro? Zdałam sobie sprawę z tego, że ja, tak naprawdę w m&a odnajduję świat taki, jaki skrycie marzy mi się i śnie o nim. Że wszystko jest takie proste, lekkie, przyjemne, że w końcu wszystko się wyjaśni, że los jednak chce dobrze. Kiedy kończę oglądać bądź czytać nowo odnalezione na Tanuki tytuły, wszystko wraz z ostatnią kwestia zamyka się i kończy. Choć na wierzchu chce być twardą i niewzruszoną, oschłą dziewuchą, to tak naprawdę gdzieś w środku również, jak inni szukam zrozumienia i miejsca, gdzie odnajdę się i będę czuć się dobrze. Jakie to naiwne... Czasami żal mi samej siebie, że mam takie nędzne dni, w których pokazuje, jaka jestem słaba i nie warta niczego.
Dzisiaj czytając jedną z mang, jakoś tak... smutno mi się zrobiło. A może przykro? Zdałam sobie sprawę z tego, że ja, tak naprawdę w m&a odnajduję świat taki, jaki skrycie marzy mi się i śnie o nim. Że wszystko jest takie proste, lekkie, przyjemne, że w końcu wszystko się wyjaśni, że los jednak chce dobrze. Kiedy kończę oglądać bądź czytać nowo odnalezione na Tanuki tytuły, wszystko wraz z ostatnią kwestia zamyka się i kończy. Choć na wierzchu chce być twardą i niewzruszoną, oschłą dziewuchą, to tak naprawdę gdzieś w środku również, jak inni szukam zrozumienia i miejsca, gdzie odnajdę się i będę czuć się dobrze. Jakie to naiwne... Czasami żal mi samej siebie, że mam takie nędzne dni, w których pokazuje, jaka jestem słaba i nie warta niczego.
środa, 18 stycznia 2012
niedziela, 15 stycznia 2012
Człowieku
Przesiadywanie w swoim towarzystwie to prawie, jak samobójstwo. No chyba, że masz kota, który Cię wysłucha. No dobra, przesadzam. Mamy rodzinę i przyjaciół, ale kiedy budzą się w Tobie niespełnione ambicje, zamykasz się w sobie i starasz się dojść, nie dobiec do celu. Niestety niesie to za sobą mnóstwo negatywnych powikłań takiego działania. Doświadczyłam tego osobiście - nawrót choroby, ogromna irytacja, "szukanie dziury w całym", zdenerwowanie i chyba najgorsze "mam dość. poddaje się". Pytanie, jak temu zapobiec. No są różne sposoby, np. możesz sobie pomarudzić i wyżalić do poduszki, bądź wypłakać się w kołnierz mamy, czy przyjaciela. Można też dostać kopa w dupe od kogoś, kto ma nad Tobą "władzę". Dopuszczalne jest również odcięcie się od wszystkiego na chwilę i przemyślenie działań, jakie można wprowadzić w życie by stało się ono lepsze lub najprostszą rzeczą jest pożegnanie się z nędznym światem (ale temu mówimy stanowcze NIE, ponieważ my, ludzie jesteśmy zbyt silni psychicznie i jedyni w swoim rodzaju, przez co szkoda byłoby odciąć się od życia na rzecz własnej wygody, pozostawiając w smutku bliskie nam osoby). Ja osobiście jestem za wyrzuceniem z siebie wszystkiego, co boli i przeszkadza. Nie ważne, jak to zrobisz, grunt by podziałało. Ja stawiam na złość. Co Wy wybierzecie? Wola pańska. To jest zależne od waszego charakteru. Osoba spokojna mało kiedy wyładowuje się pod wpływem złości, raczej wybierze rozmowę na poziomie. Jeśli ktoś ma duszę pesymisty, któremu podwinęła się noga po raz kolejny, postawi na uronienie łez lub pogodzi się sam w sobie z losem. Nie wiem co zrobiłby optymista.... Daleko mi do takiej osoby, więc nie wiem najzwyczajniej w świecie. Dusza romantyka, która wiecznie buja w obłokach,na chwile zejdzie na ziemię, powie, co leży mu na wątrobie, wysłucha mądrych (naprawdę mądrych rad od osób trzecich), po czym kiwnie głową na znak "tak, rozumiem" i ponownie odpłynie w świat marzeń, czekając na cud. Teraz nie przychodzą mi do głowy inne przykłady charakterów. Podałam najbardziej mi bliskie (bynajmniej będąc jedną z takich osób, właśnie tak bym postąpiła). Wyczerpał się mój limit irytacji i złości przez co wena piękna i cudowna mnie opuściła. Do nastepnego
czwartek, 12 stycznia 2012
Tak wiele...
Jak myślicie? Czy wszystko co dzieje się w naszym życiu, jest odgórnie zaplanowane? Czy to, że napotykamy na naszej drodze pewnych ludzi jest przeznaczeniem? Można przewidzieć, czy tez przepowiedzieć przyszłość? Czy to, że umieramy, jest spowodowane zwykłym przypadkiem, czy dlatego "bo tak musiało by", a może umieramy, ponieważ zrobiliśmy już coś, co było naszym celem? Czy anioły istnieją? Prowadza nas i dbają, byśmy nie zrobili sobie niczego złego? A duchy? Czy naprawdę istnieje coś takiego? Czy po śmierci one idą do nieba? A może dusze wybierają, czego tak naprawdę chcą? Czy dusze trafią do nieba lub piekła? Ej. Nie wiem... Zastanawiam się nad takimi sprawami, choć wcale nie jest mi to potrzebne. Zaprzątam sobie tym głowę, pomimo wielu ważniejszych spraw, które powinnam zrobić lub obmyślić. Choć może Wam się to wydać naiwne, wierze, że wszystko co nas spotyka, co robimy, co dostajemy jest zaplanowane już od dawna. Gdybyście zapytali mnie skąd pomysł i wiara w to, nie odpowiedziałabym. Po prostu tak czuje. W takim przekonaniu żyje od zawsze i jeszcze nigdy w to nie zwątpiłam. Może to naiwne i staram się przez to usprawiedliwiać, ale każda złą rzecz, która mi się przydarzy, tłumacze sobie "Tak miało być, nie przejmuj się. Głowa do góry.". Wariackie myślenie, ale ufam TEMU na górze, że nie chce źle dla nikogo, pomimo tego, że czasami zawodzimy się na nim i mamy do niego pretensje. A może On tez tego nie ustala? Tak dużo pytań, na które nikt nie może odpowiedzieć? Na swój sposób jest to cudowne, że tak wiele jeszcze jest przed nami nie odkrytych spraw, ze jeszcze tak wiele nie wiemy i ilu rzeczy jeszcze nie jesteśmy w stanie pojąć.
czwartek, 5 stycznia 2012
Zagraj z życiem
Przez ogromne problemy ze snem, mam mnóstwo czasu do myślenia. Wczorajszej nocy pomyślałam o moich marzeniach. Wiecie... Wyjazd do Japonii, kupno Kawasaki Ninja, stworzenie własnej mangi, zdobycie zawodu dziennikarki prasowej, pisanie w gazetach o mandze i anime, bycie popularną. Wiem, to jest naiwne, ale co poradzić, skoro cały czas chodzi mi to po głowie. Takie cele, które obiera sobie każdy z nas, to chyba największy plus i najpiękniejsza rzecz w naszym życiu. Bo co może bardziej uszczęśliwić człowieka, jak spełnienie jednego z marzeń? Od nich wszystko się zaczyna i na nich wszystko się kończy. Nieliczni dostają to, czego pragnął. Nawet Ci, którzy harują, jak woły, wyciskają z siebie ostatnie poty, tracą zdrowie zostają po prostu z niczym. Pustą przestrzenią wokół siebie bo nie mieli czasu na rodzinę, życie, przyjemności. Co wybrać? Zagrać z marzeniami w grę, czy dać sobie spokój i nie ryzykować? No i tu jest pies pogrzebany, ponieważ tu grasz o wszystko (no chyba, ze masz marzenia, które nie kolidują z Twoim życiem. Wtedy masz farta, jak jasna cholera.). Teraz pytanie "Co Ty byś wybrała?". Ja? Marzenia. Nie boję się życia, ani ludzi. Nie boję się o siebie, nie czuje leku przed utratą wszystkiego. To jest właśnie życie. Choć nie należę do ryzykantów i raczej wolę stąpać po ziemi, niż włazić po drabinie, tutaj jednak dałabym się ponieść własnym pragnieniom, nawet, jeśli miałoby to oznaczać definitywny koniec mnie. Tak czy siak skończę, jak reszta ludzi na cmentarzysku, ale przynajmniej umrę z czystym sumieniem, że jednak posłuchałam serca, a nie rozumu. Wtedy moja duszyczka z radością opuści ziemię i pójdzie ku światłu. Choć tutaj w sumie z tą dusza to nie wiem, jakby do końca to było... Ale to już temat na inna notkę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
