Lubię mange i anime. Tak, serio bardzo to lubię. Niektórzy uważają mnie za wariatkę i że tracę czas przesiadując dziennie 24min x (nieokreślona ilość odcinków dziennie), a inni wręcz cieszą się, że mam swoje własne zainteresowania. No cóż, nikomu oceniać to, co lubię. Uwielbiam tandetne romasiki, gdzie dwójka głównych bohaterów zakochuje się w sobie, a ja czytam bądź oglądam ich perypetie i śmieję się z tego co wyprawiają, albo płaczę bo im się nie układa. Pisząc to, widzę jakie to żałosne i wcale nie dziwię się, że ludzie uważają mnie za dziwaka. (ale żeby nie było, nie tylko romansami żyję)
Dzisiaj czytając jedną z mang, jakoś tak... smutno mi się zrobiło. A może przykro? Zdałam sobie sprawę z tego, że ja, tak naprawdę w m&a odnajduję świat taki, jaki skrycie marzy mi się i śnie o nim. Że wszystko jest takie proste, lekkie, przyjemne, że w końcu wszystko się wyjaśni, że los jednak chce dobrze. Kiedy kończę oglądać bądź czytać nowo odnalezione na Tanuki tytuły, wszystko wraz z ostatnią kwestia zamyka się i kończy. Choć na wierzchu chce być twardą i niewzruszoną, oschłą dziewuchą, to tak naprawdę gdzieś w środku również, jak inni szukam zrozumienia i miejsca, gdzie odnajdę się i będę czuć się dobrze. Jakie to naiwne... Czasami żal mi samej siebie, że mam takie nędzne dni, w których pokazuje, jaka jestem słaba i nie warta niczego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz