Poniekąd czytając moje notki, odczuwa się smutek płynący z moich słów. Czy to smutek? Szczerze, nie widzę tu ani grama smutku. Powiedziałabym raczej, że prawdę, jaka teraz otacza mnie na co dzień. Może i nie jestem ostatnio najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, ale ja nigdy nie jestem do końca szczęśliwa. Zawsze jest coś, co oddala mnie od stuprocentowej radości z życia. Jestem do wszystkiego sceptycznie nastawiona, nigdy nie wymagam zbyt wiele od innych bo wiem, jak wszystko się skończy, że mój końcowy wyraz twarzy przyodzieje kąciku ust skierowane ku dołowi i te puste oczy, których tak bardzo nie lubią inni. Nie jestem smutna. Jestem po prostu sobą. Nie udaje uśmiechu, nie witam nowego dnia z okrzykiem radości, jedyne co czyni mnie w jakimś procencie optymistką jest radość z małych rzeczy. Jeśli kiedyś będziecie chcieli zobaczyć mnie naprawdę uradowaną, kupcie mi lakier do paznokci, najlepiej niebieski, albo fioletowy. Tych kolorów nigdy za wiele.
Do niedawna zastanawiałam się, która ja jest prawdziwa. Ta wieczna optymistka szukająca szczęścia po kątach i w ludziach, czy posępna i czarna postać mnie, od której bije ciężka aura. Szczerze, ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony mam czasami dosyć ciągłego patrzenia na świat poprzez pryzmat niechęci i politowania, ale z drugiej strony, gdy jestem zbyt szczęśliwa, mam dość tego ciągłego skakania ponad chmury i łapania za tęczę. Czy to nie brzmi dziwnie? Mieć dosyć radości? Mogłabym nauczyć się patrzenia obojętnie na wszystko, co mnie otacza, ale czy to nie byłoby okrutne? Czy nie stałabym się wtedy egoistką, która żyłaby znieczulicą? Czy to nie byłoby wstrętne? Nie potępiam innych ludzi za takie jestestwo, ponieważ stali się tacy z własnej woli, ale ja nie widzę siebie w takiej roli, jako człowieka. Choć nie jestem dumna z bycia człowiekiem i nie lubię ludzi, nie potrafiłaby przejść obok, nie patrząc nawet na ich potrzeby. Mam serce, choć jest chłodne i niedostępne. Jestem ciekawa, ile jeszcze czasu upłynie, aż odnajdę te prawdziwą siebie, którą zaakceptuję w całości. Jestem ciekawa, czy z takiej mnie będę zadowolona, czy nie będę chować do siebie urazy. Jestem ciekawa, co będzie musiało się wydarzyć, by coś takie miało prawo bytu.
Tu macie mój pierwszy "portret". Siostra miała za mało czasu na rysowanie, więc poprosiła swoją dobroduszną straszą o pomoc, czyli mnie.
Do niedawna zastanawiałam się, która ja jest prawdziwa. Ta wieczna optymistka szukająca szczęścia po kątach i w ludziach, czy posępna i czarna postać mnie, od której bije ciężka aura. Szczerze, ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony mam czasami dosyć ciągłego patrzenia na świat poprzez pryzmat niechęci i politowania, ale z drugiej strony, gdy jestem zbyt szczęśliwa, mam dość tego ciągłego skakania ponad chmury i łapania za tęczę. Czy to nie brzmi dziwnie? Mieć dosyć radości? Mogłabym nauczyć się patrzenia obojętnie na wszystko, co mnie otacza, ale czy to nie byłoby okrutne? Czy nie stałabym się wtedy egoistką, która żyłaby znieczulicą? Czy to nie byłoby wstrętne? Nie potępiam innych ludzi za takie jestestwo, ponieważ stali się tacy z własnej woli, ale ja nie widzę siebie w takiej roli, jako człowieka. Choć nie jestem dumna z bycia człowiekiem i nie lubię ludzi, nie potrafiłaby przejść obok, nie patrząc nawet na ich potrzeby. Mam serce, choć jest chłodne i niedostępne. Jestem ciekawa, ile jeszcze czasu upłynie, aż odnajdę te prawdziwą siebie, którą zaakceptuję w całości. Jestem ciekawa, czy z takiej mnie będę zadowolona, czy nie będę chować do siebie urazy. Jestem ciekawa, co będzie musiało się wydarzyć, by coś takie miało prawo bytu.
Tu macie mój pierwszy "portret". Siostra miała za mało czasu na rysowanie, więc poprosiła swoją dobroduszną straszą o pomoc, czyli mnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz